"SEMAFOR": podjęliśmy próbę przekazywania na łamach "Semafora" informacji i wiadomości, które mamy nadzieję zainteresują naszych czytelników; informacji których nie znajdziecie na łamach oficjalnych dzienników....

WOLNA DROGA: Choć poszukiwanie prostych rozwiązań jest osadzone głęboko w podświadomości, a nieskomplikowany obraz rzeczywistości jest wygodny, nie zmusza do choćby chwilowej zadumy, do uświadomienia prawdy o traconym wpływie na własne losy, na otaczający świat - od poszukiwania prawdy nikt nas nie zwolni.

 
Niedziela, 24 marca 2019 r.
Imieniny obchodzą: Gabriel, Marek, Gabor
 
„Dionysus” – Dead Can Dance (2018)
Czasem nurtuje mnie pytanie, gdzie leżą granice muzyki, którą da się jeszcze zaliczyć do szeroko pojętego rocka. Jednym z przykładów jest twórczość brytyjsko-australijskiego duetu Dead Can Dance. Ich muzyka dawno przełamała wszelkie możliwe granice, łącząc elementy ludowe z różnych stron świata z inspiracjami rodem ze średniowiecza i renesansu. W efekcie stworzyli nieziemski świat, wymykający się jakimkolwiek próbom klasyfikacji, nasycony emocjami, nutą refleksji i trudnym do zdefiniowania smutkiem. Okazało się, że taka twórczość, mająca w istocie niewiele wspólnego z rockiem, znalazła na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wśród wielu młodych ludzi wiernych słuchaczy, wręcz wyznawców.
Ów niezwykły duet tworzą Brendan Perry i Lisa Gerrard. On pochodzi z Londynu, choć dzieciństwo spędził w Nowej Zelandii, ona jest Australijką urodzoną w Melbourne, która dorastała w środowisku greckich imigrantów. To już samo w sobie stworzyło prawdziwy tygiel kulturowy, gdzie wymieszały się najróżniejsze wpływy i inspiracje.
Dead Can Dance zaistniał w 1981 roku w Melbourne. Rok później twórcy przenieśli się do Londynu, który będąc światową stolicą muzyki stwarzał znacznie większe możliwości. Przełomem stało się podpisanie kontraktu z 4AD, bodaj najsławniejszą wytwórnią alternatywną. Ivo Watts-Russell - jej szef i właściciel, z chwilą gdy usłyszał pierwsze, jeszcze surowe nagrania demo grupy - uległ czarowi głosu Lisy Gerard.
Początkowo zespół tworzyło jeszcze kilku muzyków, jednak skład był dość płynny. Niezmienny trzon stanowił grający na gitarze Brendan Perry i śpiewająca Lisa Gerrard. Czasem próbowali eksperymentować z nowymi brzmieniami, jednak podstawą i filarem ich twórczości były tradycyjne, choć często egzotyczne instrumenty.
Tu warto zwrócić uwagę na album „Within the Realm of a Dying Sun” (1987), który stanowi przykład doskonałej symbiozy tych zainteresowań. Jest absolutnie piękny i mimo upływu lat nie stracił swego uroku. Muzyka na nim zawarta jest pełna wewnętrznej równowagi, a utwory się wzajemnie dopełniają, tworząc pełną smutku narrację.
Przejmujący głos Brendana, pojawiający się na przemian ze śpiewem Lisy sprawia, że oczarowany słuchacz nie chce powracać z tego odległego i nieco tajemniczego świata. Jej klimat przywodzi na myśl wnętrze zapomnianej gotyckiej katedry, bądź klasztorne mury ledwie rozświetlone migotliwymi płomieniami świec. Myślę, że tak właśnie wyglądają bramy Królestwa Umierającego Słońca. Paradoksalnie, jedynym zgrzytem jest dla mnie bodaj najpiękniejsza z całej płyty „Cantara”, której wstęp trochę za bardzo przypomina mi „Kołysankę” Krzysztofa Komedy z filmu z „Rosemary’s Baby” Polańskiego.
Klasyczny kanon Dead Can Dance, to osiem płyt, które ukazały się w latach 1984-1996. Po tym okresie nastąpiła długa, szesnastoletnia przerwa. Duet oddalił się od siebie zarówno muzycznie, jak i dosłownie. Mimo to nie próżnowali. Lisa Gerard wydała w tym czasie siedemnaście albumów, w tym kilka z muzyką filmową, zaś Brendan Perry stworzył wprawdzie jedynie dwa autorskie albumy, lecz zbudował w opuszczonym dziewiętnastowiecznym kościele Quivvy Studio, czyli swój warsztat pracy.
W 2012 roku w sklepach pojawił się nowy album, zatytułowany „Anastasis”, który nie zawiódł oczekiwań fanów. „Anastasis”, to po grecku wskrzeszenie i tak było w istocie.
W ubiegłym roku doczekaliśmy się kolejnej płyty „Dionysus”. Tworzy ją siedem połączonych utworów, które razem składają się na dwa akty. To muzyka naturalna, piękna i dojrzała, niosąca w sobie jednocześnie powrót do inspiracji Bałkanami, Bliskim Wschodem i Afryką.
To zaledwie niespełna czterdzieści minut, jednak odnajdziemy tu wszystko, co składa się na styl Dead Can Dance. Są wokalizy Lisy Gerrard oraz dojrzały i piękny głos Brendanda Perry’ego.
„Dionysus”, to zaproszenie na obrzędy na cześć boga witalności, natury, płodności i wina odprawiane w harmonią z dźwiękami natury. To jednocześnie wyprawa do wnętrza samego siebie, pełna głębokich przeżyć i miejsca do refleksji nad światem. Bajeczny klimat tworzą egzotyczne instrumenty perkusyjne, dęte i strunowe, ozdobione niewielką domieszką elektroniki, która jedynie podkreśla ulotny klimat albumu.
Płyta nie jest może zbyt odkrywcza, jednak z pewnością przekona do siebie nie tylko fanów duetu. Jestem przekonany, że po przesłuchaniu nie trafi w trudnodostępne rejony zbiorów, a raczej w miejsce, skąd łatwo będzie do niej wracać. To powrót klasyków gatunku w dobrym stylu.
Krzysztof Wieczorek


  Komentarze 2
  Dodaj swój komentarz
~
Copyright "Wolna Droga"
[X]
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.