"SEMAFOR": podjęliśmy próbę przekazywania na łamach "Semafora" informacji i wiadomości, które mamy nadzieję zainteresują naszych czytelników; informacji których nie znajdziecie na łamach oficjalnych dzienników....

WOLNA DROGA: Choć poszukiwanie prostych rozwiązań jest osadzone głęboko w podświadomości, a nieskomplikowany obraz rzeczywistości jest wygodny, nie zmusza do choćby chwilowej zadumy, do uświadomienia prawdy o traconym wpływie na własne losy, na otaczający świat - od poszukiwania prawdy nikt nas nie zwolni.

 
Piątek, 25 wrzesienia 2020 r.
Imieniny obchodzą: Aurelia, Władysław, Kamil
 
Prosto z półki
Stanisław Ignacy Witkiewicz
„Listy do żony (1936 - 1939)”
Państwowy Instytut Wydawniczy 2012

Pobrali się w 1923 roku, a ich związek, choć wyjątkowo skomplikowany, przetrwał aż do śmierci Witkacego we wrześniu 1939 roku. Małżeństwo było do tego stopnia nietypowe, że historycy zastanawiają się, czy nie było to najbardziej niekonwencjonalna para w dziejach polskiej literatury w ogóle. Zwrotów akcji było we wspomnianych latach tak wiele, że trudno je zliczyć, ale mimo rozstania zarówno Stanisław Ignacy, jak i Jadwiga z Unrugów, pozostali najbliższymi przyjaciółmi, zdolnymi nieść sobie pomoc w chwilach życiowych rozterek. Witkacy zakochał się w Jadwidze z powodu jej nieco demonicznej urody, ona zgodziła się wyjść za mąż po trosze zaintrygowana jego osobowością, po trosze lękając się wizji staropanieństwa. Małżeństwo nie było udane, obydwoje dzielił temperament, tempo i rozmach, z jakim żyli, ale, choć formalnie rozstali się szybko, w pewnym sensie pozostali razem do końca. „Najdroższa Nineczko”, pisał do Jadwigi mąż donosząc o codziennych sprawach, prosząc o radę, wstawiennictwo, obarczając tysiącami obowiązków i zdając relacje z romansów. Ona zaakceptowała rolę powiernicy i pełniła ją wytrwale, sama zresztą w pewnym momencie życia także znalazła wiernych adoratorów. W ostatnim tomie „Listów do żony” opracowanych przez profesora Janusza Deglera, wybitnego witkacologa, czytamy korespondencję z najtrudniejszych dla zakopiańskiego artysty lat, kiedy zaczęła się gwałtownie pogarszać jego kondycja psychiczna i fizyczna. Do arcyciekawych listów dodany został wyjątkowy skarb - „Wspomnienia o S.I. Witkiewiczu” pióra jego żony Jadwigi. Małżonkowie spotkali się choćby w taki sposób, bo listów jej do niego nigdy nie odnaleziono.

Paulina Młynarska, Beata Sabała-Zielińska
„Zakopane odkopane”
Wydawnictwo Pascal 2012

Dwie kobiety - rodowita góralka i ceperka, która w górach odnalazła sens życia i bycia zdecydowały, że napiszą wspólnie o Zakopanem. O mieście, które równie wielu zachwyca, co irytuje i zniesmacza, dlatego swojemu dziełu dały podtytuł „Lekko gorsząca opowieść góralsko-ceperska” (jest nawet o paniach lekkich obyczajów). Tytuł „Zakopane odkopane”, podobno w ciągu kilku minut, wymyślił Wojciech Młynarski, ojciec Pauliny. Właściwie za jego sprawą w jej biografii w ogóle pojawiła się stolica Tatr. Znany satyryk wybudował w Kościelisku willę, którą nazwał „Puciówka” (od słów refrenu słynnej piosenki „Jesteśmy na wczasach”) i przyjeżdżał z rodziną. Po latach z kryjówki skorzystała młodsza córka Paulina, która stamtąd nadawała swoje audycje dla Radia Zet. Potem do redakcji dołączyła Beata Sabała-Zielińska, a obydwie Panie do tego stopnia się porozumiały, że padło hasło wspólnego projektu. Ich książka, to przewodnik i anty-przewodnik zarazem napisany dla Pascala, wydawcy znanych przewodników. Mamy tu zarys historii miasta, lekcję o zakopiańskim budownictwie (pouczającą, trzeba przyznać), znane postaci, ale i wyraźne ostrzeżenie przed kupowaniem podrobionych oscypków z krowiego mleka na Krupówkach, czy ogólnego „badziewia”, jakie namiętnie oferują ceprom sprytni handlarze. Trochę odarły Panie Zakopane z mitu, jakim miasto było owiane od dwudziestolecia międzywojennego, kiedy zjeżdżała się tu cała intelektualna śmietanka. Dziś przyjeżdżają żądni wrażeń i natychmiastowego klimatu turyści. Czego powinni unikać, a czemu się przyjrzeć uważniej - odpowiedź w książce.
 
Sue Grafton
„A jak alibi”
Fabryka kryminału 2012

Na początku lat osiemdziesiątych amerykańska pisarka Sue Grafton podjęła wyzwanie prawdziwie imponujące. Postanowiła napisać cykl powieści kryminalnych, których tytuły rozpoczynałyby się od litery alfabetu, co oznaczało, że będzie miała pracę na najbliższych kilkanaście lat. W 2011 roku doszła już do litery „V”. Pozostały jej jeszcze „W”, „Y”, „Z”. W Polsce Sue Grafton doczekała się tłumaczeń kilku swoich powieści, choć nie ukazywały się, niestety, w alfabetycznej kolejności, a to jednak pewna konieczność. Dlatego teraz warto rozpocząć czytanie cyklu od „A jak alibi”. To jeden z nielicznych tomów, którego polskie tłumaczenie brzmi dokładnie, jak oryginał, zarazem pierwszy, w którym pojawia się wykreowana przez Sue Grafton postać Kinsey Millhone, prywatna detektyw, niezależna, bystra, dociekliwa, a przy tym nie pozbawiona poczucia humoru. Potrafi skłamać, kiedy trzeba, ale woli do walki jej nie brak. Będzie jej potrzebna i tym razem, bo w „A jak alibi” mamy historię Nikki Fife, niesłusznie oskarżonej i osądzonej za morderstwo swojego męża, znanego adwokata od spraw rozwodowych. Fife zatrudni Kinsey, by odkryła, kto naprawdę zabił Laurence’a Fife’a, a Pani detektyw rozpocznie śledztwo przy okazji czując miętę do faceta, który teoretycznie mógłby być podejrzanym w sprawie.
MAT


  Komentarze 2
  Dodaj swój komentarz
~
Copyright "Wolna Droga"
[X]
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.