"SEMAFOR": podjęliśmy próbę przekazywania na łamach "Semafora" informacji i wiadomości, które mamy nadzieję zainteresują naszych czytelników; informacji których nie znajdziecie na łamach oficjalnych dzienników....

WOLNA DROGA: Choć poszukiwanie prostych rozwiązań jest osadzone głęboko w podświadomości, a nieskomplikowany obraz rzeczywistości jest wygodny, nie zmusza do choćby chwilowej zadumy, do uświadomienia prawdy o traconym wpływie na własne losy, na otaczający świat - od poszukiwania prawdy nikt nas nie zwolni.

 
Czwartek, 24 wrzesienia 2020 r.
Imieniny obchodzą: Dora, Gerard, Teodor
 
Maszynista
Część 26



Na jakiekolwiek odstępstwo od przestrzegania przepisów nie pozwoliłbym sobie z dwóch powodów. Pierwszy - to bezpieczeństwo jadących ludzi i powierzonego taboru, drugi choć już mniej ważny, ale tak samo oczywisty - nigdy nie wiadomo, kto w pociągu jedzie. Na potwierdzenie tego kolejny przykład z gdyńskiej służby, tym razem pociągiem 65201 Jelenia Góra - Gdynia.

Na trasie Bydgoszcz - Tczew oddawano w kilku miejscach do użytku nową samoczynną blokadę liniową, która oprócz semaforów odstępowych, stacyjnych wjazdowych i wyjazdowych, miała także nowość - semafory grupowe, znacznie usprawniające ruch pociągów. Przejeżdżając przez Warlubie na semaforze wyjazdowym został wyświetlony sygnał zastępczy. Zwolniłem bieg pociągu - zgodnie z przepisami ruchowymi - do 40 km/h. Na semaforze grupowym zaś paliło się światło zielone. Gdy ostatni wagon opuścił stację, zacząłem zwiększać szybkość do rozkładowej.

Chwilę po zatrzymaniu na stacji Tczew podszedł do lokomotywy jakiś pan. Nie przedstawiając się oświadczył tylko, że spowodowałem wykroczenie i będę miał nieprzyjemności.

- Kim pan jest? Jakie wykroczenie i gdzie? - spytałem.

Przedstawił się jako kontroler, a problem wykroczenia dotyczy stacji Warlubie, gdzie na blokadę samoczynną wjechałem według niego zamiast 40, ponad 60 km/h. Szybko zaskoczyłem, bo miejscowy kontroler na pewno nie miałby takich uwag.

- No dobrze, kontroler. Skąd pan jest, jeśli można spytać?

- Z Łodzi. Jadę, co prawda prywatnie, ale ponieważ to mój zawód, to trochę szlak i pana pracę obserwuję.
Zaśmiałem się pod nosem i odparłem:

- Jak pan nie zna terenu i jedzie prywatnie, to niech spokojnie siedzi w wagonie.

Zaskoczony taką odpowiedzią, odszedł. I tak nie miał innego wyjścia, gdyż kierownik pociągu podawał już sygnał „gotów do odjazdu”.

Po zatrzymaniu pociągu w Gdańsku Głównym przyszedł ponownie:

- Ja tego tak panu płazem nie puszczę! Za wykroczenie ruchowe, opryskliwość i brak skruchy musi pan zostać ukarany.

- Brak skruchy? - pomyślałem.

Miałem ochotę go ośmieszyć, ale wystarczająco dużo w swojej karierze zawodowej chodziłem na różne wyjaśnienia, po których to nie ja wychodziłem skruszony. Odparłem, więc kontrolerowi, że na odcinku Bydgoszcz - Tczew zakładany jest nowy typ blokady, a czym się ona różni od starej i dlaczego pojechałem tak, a nie inaczej, niech już sam sobie do tego dojdzie, nim cokolwiek zacznie na mój temat pisać. Minę miał nietęgą. Nic nie przyszło...

Wspominam tu i przytaczam przykłady upadku prestiżu stanowiska maszynisty na kolei. Wraz z rozwojem techniki, zwiększaniem prędkości na szlakach, pozycja maszynisty miast rosnąć - malała. Coraz częściej spotykałem się ze złym traktowaniem maszynisty, zwłaszcza przez kontrolujących. Wchodząc do lokomotywy wymagali od mechanika kulturalnego zachowania, sami jednak byli dalecy od okazywania szacunku. Większość kontrolerów, jakich spotykałem, to byli ludzie młodzi, posiadający wykształcenie wyższe. W ich mniemaniu maszynista, był tylko maszynistą.

Gdy wracałem kiedyś z Warszawy „Panoramą”, na stacji Skierniewice wsiadło do kabiny trzech młodych kontrolerów: trakcyjnik, drogowiec i zabezpieczeniowiec. Byli po cywilnemu, więc zażądałem okazania dokumentów. Mocno obrażeni wylegitymowali się, nadmieniając przy tym, że jadą do Radomska. Rozsiedli się w kabinie, gdzie tylko było można i zajmowali się wszystkim, tylko nie koleją. Nie odpowiadali na powtarzane przeze mnie wskazania semaforów, traktowali mnie jak powietrze... Za to omówili plany na najbliższe towarzyskie spotkania, interesy i zawartości kont dolarowych. Po zatrzymaniu w Koluszkach ni stąd, ni zowąd, trakcyjnik zwrócił mi uwagę:

- Na tym szlaku jest 120 km/h, a ja jej u pana na prędkościomierzu nie widziałem!

Zbaraniałem! Cóż on u licha chce, przecież do Koluszek zajechałem 2 minuty przed czasem. Jechałem, więc zgodnie z rozkładem. Ponadto maszyna była krótko po naprawie i miała „grube koła”. Rzeczywista prędkość była, więc nieco większa, niż wskazywał prędkościomierz. Rychło jednak mowę odzyskałem, nakazując kontrolerom opuszczenie kabiny, gdyż moja rola, to w spokoju prowadzić pociąg, a na omawianie balang, kont dolarowych i interesów najlepszym miejscem jest wagon kolejowy. Dwóch panów opuściło lokomotywę bez protestów, natomiast trakcyjnik zaczął się stawiać. Jak to zwykle bywało w takich sytuacjach, obiecywał mi odsunięcie od stanowiska. Nie byłem jednak maszynistą strachliwym, postawiłem na swoim i kontroler rad, nierad pojazd opuścił. Po przyjeździe do Wrocławia powiadomiłem o zajściu swojego instruktora. Postanowiliśmy czekać z gotową odpowiedzią na raport panów kontrolerów, ale takowy nie wpłynął.
Cdn.

Włodzimierz i Dariusz Dołubizno




  Komentarze 2
  Dodaj swój komentarz
~
Copyright "Wolna Droga"
[X]
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.