"SEMAFOR": podjęliśmy próbę przekazywania na łamach "Semafora" informacji i wiadomości, które mamy nadzieję zainteresują naszych czytelników; informacji których nie znajdziecie na łamach oficjalnych dzienników....

WOLNA DROGA: Choć poszukiwanie prostych rozwiązań jest osadzone głęboko w podświadomości, a nieskomplikowany obraz rzeczywistości jest wygodny, nie zmusza do choćby chwilowej zadumy, do uświadomienia prawdy o traconym wpływie na własne losy, na otaczający świat - od poszukiwania prawdy nikt nas nie zwolni.

 
Wtorek, 22 wrzesienia 2020 r.
Imieniny obchodzą: Tomasz, Maurycy
 
Maszynista
Część 25


W sierpniu 1995 r. prowadziłem swoim planowym elektrowozem pociąg 65203 Wrocław Główny - Gdynia. Całą noc służba przebiegała spokojnie, aż do stacji Gdańsk Wrzeszcz. W peron stacyjny przyjęto skład na tor niewłaściwy i dyżurna ruchu poinformowała mnie przez radiotelefon, że jazda będzie kontynuowana tym torem. Informację przyjąłem.

Po ruszeniu, zbliżając się do rozjazdów, stwierdziłem brak semafora przy torze, po którym jechałem. Stał tylko tzw. karzełek z wyświetlonym sygnałem zastępczym. Po zatrzymaniu składu przed tym sygnałem zgłosiłem przez radio dyżurnej, że taki sygnał nie upoważnia do wyjazdu pociągu na szlak po torze niewłaściwym i poprosiłem o wypisanie rozkazu szczególnego „N”.

Dyżurna odmówiła: - Wszyscy maszyniści tak jeżdżą, a pan ma jakieś problemy.

Odparłem, że wszyscy maszyniści, to nie ja, i jeszcze raz poprosiłem o wypisanie rozkazu szczególnego „N”. Nie twierdzę, nawet nie dopuszczam takiej myśli, że jadący przede mną maszyniści nie znali przepisów. Widoczność na wyjeździe z Wrzeszcza była utrudniona: tor w łuku, zabudowania na peronie. Gdy ruszali „z kopyta” i minęli taki sygnał, to na pewno zorientowali się o nieprawidłowości. Ale, jak już z dużą prędkością wjechali w rozjazdy, jazdę kontynuowali. Ja ruszyłem spokojnie i w porę spostrzegłem, że ktoś narażając bezpieczeństwo podróżnych, ułatwia sobie pracę. Stojąc dalej pod „karzełkiem”, usłyszałem przez radio wiele epitetów kierowanych pod moim adresem. Pochodziły od maszynistów przejeżdżających, co chwilę obok, pociągów podmiejskich SKM: - Jesteś skończony! Na pewno dalej pojedziesz, ale... pasażerem!

- To moja sprawa, i proszę się nie wtrącać. A kto jest winien i kto zna przepisy, to się jeszcze okaże - odpowiadałem.

Ale im dłużej stałem, tym mniej się odzywałem, gdyż zwroty kierowane do mnie drogą radiową były coraz cięższego kalibru. Było wcześnie rano. Do Gdyni zjeżdżały pociągi z całej Polski. Niedługo kolejka składów czekających na wjazd do Trójmiasta sięgała stacji Pszczółki. Na końcu „korka” znalazł się kolejny pociąg, prowadzony wrocławską lokomotywą. Jadący nim maszynista T.N.* po wydłużającym się postoju spytał w końcu przez radio: - Jaka jest przyczyna, że pociągi nie jadą do Gdańska?

- We Wrzeszczu stoi jakiś mądrala - wrocławiak i nie chce jechać - usłyszał w odpowiedzi.

T.* wiedział, że spotkamy się w Gdyni.

- Jeżeli to stoi EU07-369 i wąsaty maszynista, to jest były instruktor. Skoro uznał, że nie pojedzie, to nie pojedzie. I na pewno ma rację! - odparł.

Po prawie półtorej godzinie stania pod „karzełkiem”, po zmianie służby w nastawni Gdańsk Wrzeszcz, kolejny dyżurny - albo był mniej uparty, albo lepiej znał przepisy - rozkaz doręczył. Ruszyłem. W taki sam sposób odprawiano również stojące za mną pociągi. Gdy zajechałem do lokomotywowni Gdynia Grabówek, poproszono mnie do zastępcy naczelnika celem złożenia wyjaśnienia. Poszedłem... Akurat w tym momencie odbywała się „zdalna telekonferencja”. Usłyszałem, że: - Za dzisiejsze poranne zablokowanie dalekobieżnych torów w Trójmieście wyłączną winę ponosi maszynista wrocławski.

Po tym stwierdzeniu moja ostra wymiana zdań z gdyńskim maszynistą instruktorem została posłyszana przez naczelnika zarządu Północnej DOKP. Ten zorientował się, że przyczyna zamieszania jest w zasięgu głosu, zażądał ode mnie bezpośredniego wyjaśnienia sprawy. Było krótkie: - Pociąg nie powinien doznać większego opóźnienia niż 5 minut. Przepisy mówią, że po zażądaniu jakiegokolwiek rozkazu powinienem go niezwłocznie otrzymać i kontynuować jazdę. Winę ponosi wyłącznie uparta dyżurna, bo sygnał, na jaki chciała wyprawić pociąg ze stacji na niewłaściwy tor szlakowy nie upoważniał maszynisty do wyjazdu. Ponadto - dodałem - byłem maszynistą instruktorem i przepisy znam, a wręcz identyczny przypadek miałem kilkanaście dni wcześniej na stacji Kąty Wrocławskie. Pociągi stały na szlaku aż do Wrocławia. Nastawniczy kilkakrotnie przychodził pytać: dlaczego nie jadę, ale... rozkazu nie przynosił. Dopiero po ponad godzinie, znalazł się ktoś mądrzejszy i dostarczono mi odpowiedni rozkaz. Finał tej sprawy także miał miejsce na „zdalnej” i nie doszukano się mojej winy.

Po tym oświadczeniu zaczęto mnie traktować poważnie. Rozmowa stała się bardziej rzeczowa, a gdyński instruktor szybko znalazł odpowiednie przepisy, uwalniające mnie od zarzutów oraz upewniające wszystkich jedynie o bardzo dobrej znajomości owych przepisów przez „mądralę”. „Chcieć to móc” - szkoda tylko, że tak późno.

Cdn.

Włodzimierz i Dariusz Dołubizno

(* - imię i nazwisko znane redakcji)




  Komentarze 2
  Dodaj swój komentarz
~
Copyright "Wolna Droga"
[X]
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.