"SEMAFOR": podjęliśmy próbę przekazywania na łamach "Semafora" informacji i wiadomości, które mamy nadzieję zainteresują naszych czytelników; informacji których nie znajdziecie na łamach oficjalnych dzienników....

WOLNA DROGA: Choć poszukiwanie prostych rozwiązań jest osadzone głęboko w podświadomości, a nieskomplikowany obraz rzeczywistości jest wygodny, nie zmusza do choćby chwilowej zadumy, do uświadomienia prawdy o traconym wpływie na własne losy, na otaczający świat - od poszukiwania prawdy nikt nas nie zwolni.

 
Wtorek, 22 wrzesienia 2020 r.
Imieniny obchodzą: Tomasz, Maurycy
 
Nareszcie koniec
   Kończy się już rok 2018. Jedni powiedzą, że na szczęście, a inni, że szkoda. Dla niektórych był on pasmem nieprzerwanych sukcesów, natomiast dla zdecydowanej większości, jak to w życiu najczęściej bywa, drobne zwycięstwa mieszały się z równie drobnymi porażkami, radość ze smutkiem, słodycz z goryczą. Jednym słowem był to rok zwyczajnej, powszedniej, mozolnej egzystencji, bez jakichś spektakularnych wzlotów i upadków.
   Niemal każdy z nas, w mniejszym lub większym stopniu w okresie świąteczno-noworocznym, dokonuje takiego resume i dochodzi do własnych wniosków. Odchodzący rok, to także czas podsumowań nie tylko indywidualnych, ale bardziej ogólnych. Oceniamy więc czy - a jeśli tak, to jak bardzo - przez te minione 365 dni zmienił się świat wokół nas, a także i nasze krajowe podwórko.
O świecie niczego nie napiszę, gdyż w coraz mniejszym stopniu go rozumiem, a w sprawach, w których jeszcze go rozumiem - coraz bardziej mnie niepokoi. Skupię się więc na Polsce i zgodnie z zasadą złej i dobrej wiadomości opiszę dwa fakty, które w moim odczuciu były w kończącym się roku najważniejsze, a jeden z nich, w pewnym sensie także i symboliczny.
   W starych, dobrych filmach sensacyjnych złe wiadomości nadchodzą najszybciej, a i honorowi twardziele typu Vito Corleone najpierw właśnie te nienajlepsze chcą usłyszeć. Tak samo będzie i tutaj, zatem najpierw ta zła wiadomość.
A więc Szanowni Czytelnicy, niestety wbrew temu, co wykrzykują co bardziej entuzjastyczni akolici obecnej władzy, rok 2018 dobitnie pokazał, że my z żadnych kolan nie wstaliśmy, a w pewnym momencie (dokładnie na wiosnę) zostaliśmy wręcz przyciśnięci do podłoża oraz mocno przeczołgani po glebie!
Chodzi mi oczywiście o pamiętną nowelizację ustawy o IPN, gdy, moim zdaniem i tak nieśmiało próbowaliśmy upomnieć się o należne nam miejsce w historii. Wzorem wielu innych krajów, wszak mniej od nas doświadczonych w czasie II Wojny Światowej, zamierzaliśmy karać za bezpodstawne, kłamliwe oraz szkalujące nasz Naród jako całość opinie o rzekomym współudziale Polaków w zagładzie Żydów podczas tamtej wojny.
Ogólnoświatowa histeria, do jakiej doszło w efekcie tej naszej swoistej deklaracji godności, przeszła najśmielsze oczekiwania wszystkich, z ustawodawcą włącznie, a może i w szczególności.
   Minęło trochę czasu i w pamięci zbiorowej pewne fakty nieco się już zatarły, ale mi osobiście cały czas czkawką odbija się tamto skandaliczne zachowanie pani ambasador Izraela podczas przemowy na terenie K.L. Auschwitz, a przecież jeszcze tego samego dnia premier owego bliskowschodniego kraju zadzwonił do szefa rządu Rzeczpospolitej i obsztorcował go niczym uczniaka.
Potem było już tylko gorzej, gdy to spora część światowych mediów zaczęła frazę „Polish death camps” umieszczać chyba nawet w wiadomościach sportowych, a na filmikach w Internecie zaczęli pojawiać się „ocaleni” opisujący bestialstwo Polaków, jakiego dopuszczali się wobec swoich żydowskich sąsiadów. Cóż z tego, że owi „ocaleni” wyglądali jakby urodzili się dobre piętnaście lat po wojnie? Kto by się tam przejmował takimi szczegółami, przecież ważny jest przekaz!
Na nic również zdały się późniejsze umizgi naszych władz, czy to do „starszych braci”, czy do „kluczowego sojusznika”, że przecież razem ginęliśmy w czasie wojennej pożogi, że ich ukrywaliśmy, że istniała Żegota, że my wszak najsprawiedliwsi wśród narodów świata, że polskie drzewka Yad Vashem w Jerozolimie, a żydowskie muzeum Polin w Warszawie…
Nic to! Drzwi Białego Domu zatrzasnęły się przed polskim Prezydentem do czasu - jak to się enigmatycznie w dyplomacji nazywa - satysfakcjonującego dla wszystkich stron wyjaśnienia tej kłopotliwej sytuacji. Przekładając to z języka politycznego na ludzki: Polacy, wycofajcie się z tej ustawy, przyznajcie do wszystkiego, czego nie zrobiliście oraz przeproście zarówno „braci starszych”, jak i „kluczowego sojusznika” za to całe zamieszanie, a być może wówczas wasz Prezydent dostąpi łaski i drzwi Białego Domu znowu dlań szeroko się otworzą.
Tak właśnie zrobiliśmy, wszystko wróciło do normy, można było odetchnąć z ulgą, a większość, jak to większość, po miesiącu zapomniała o całej aferze.
   Dlaczego właśnie o tym dzisiaj piszę? Gdyż ja nie zapomniałem i nie zapomnę! Jeśli nawet za 20 lat będę cokolwiek pamiętał z 2018 roku, to właśnie będzie to upokarzające zamieszanie wokół nowelizacji ustawy o IPN, gdy oto po raz kolejny, aczkolwiek obawiam się, że nie ostatni, okazało się, że nie mamy żadnych przyjaciół i w razie czego jesteśmy zdani tylko na siebie samych.
Niestety, coś minionej wiosny we mnie pękło i już nigdy na powrót się nie sklei, klapki do końca opadły z oczu, ostatnia nutka szlachetnej naiwności w moim spojrzeniu na politykę ucichła na zawsze. Może to i lepiej?
   OK, to była ta przysłowiowa zła wiadomość w moim podsumowaniu odchodzącego roku, a co z dobrą? Jest i dobra oczywiście! Zapętlając więc to moje rozważanie z delikatnym uśmiechem na ustach oznajmiam: Anno Domini 2018 za chwilę się kończy i nigdy już nie wróci i jest to najlepsza wiadomość tego roku.
Wesołych Świąt i lepszego, 2019 zatem!
Marian Rajewski
fot. Yad vashem



  Komentarze 2
  Dodaj swój komentarz
~
Copyright "Wolna Droga"
[X]
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.