"SEMAFOR": podjęliśmy próbę przekazywania na łamach "Semafora" informacji i wiadomości, które mamy nadzieję zainteresują naszych czytelników; informacji których nie znajdziecie na łamach oficjalnych dzienników....

WOLNA DROGA: Choć poszukiwanie prostych rozwiązań jest osadzone głęboko w podświadomości, a nieskomplikowany obraz rzeczywistości jest wygodny, nie zmusza do choćby chwilowej zadumy, do uświadomienia prawdy o traconym wpływie na własne losy, na otaczający świat - od poszukiwania prawdy nikt nas nie zwolni.

 
Wtorek, 22 wrzesienia 2020 r.
Imieniny obchodzą: Tomasz, Maurycy
 
Jennifer Warnes – „Famous Blue Raincoat” (1987)
   W ubiegłym miesiącu pożegnaliśmy Leonarda Cohena. Odszedł, mając osiemdziesiąt dwa lata. Pozostawił po sobie czternaście płyt studyjnych i osiem koncertowych. Trudno spośród tego dorobku wyróżnić tylko jedną, trudno też wskazać słabszą, wyraźnie odstającą od reszty.
   W Polsce artysta już od wczesnych lat siedemdziesiątych miał sporą grupę wielbicieli. Był postacią wyjątkową. Zawsze skromny i wierny staremu stylowi elegancji.
Na scenie pojawiał się w nienagannym garniturze i rozmawiając ze słuchaczami zawsze zdejmował kapelusz. Jego wiersze i muzyka towarzyszyła nam przy różnych okazjach. Powstała moda na jego twórczość, ballady Cohena śpiewano z gitarą w górach i na rajdach. Niewątpliwie miały na to wpływ doskonałe przekłady. Tłumaczył je Jacek Kleyff, Maciej Karpiński oraz niezapomniany Maciej Zembaty.
   Nie odważę się wyróżnić którejkolwiek z jego płyt. Wszystkie są dobre. Początkującym mogę polecić album „Songs from the Road”, wydany w 2010 roku. Znalazły się na nim najbardziej znane kompozycje kanadyjskiego barda, zarejestrowane podczas tras koncertowych w latach 2008 i 2009.
   Ukazały się też okolicznościowe albumy innych wykonawców śpiewających Cohena. Warto wspomnieć projekt „Tower Of Song”, z gościnnym udziałem Eltona Johna, Billy Joela, Bono, Tori Amos, Stinga, Petera Gabriela, Willie Nelsona i wielu innych.
Jednak na szczególną uwagę zasługuje świetna i doskonale nagrana płyta Jennifer Warnes „Famous Blue Raincoat”, wydana w 1987 roku. Artystka zawarła na niej własne interpretacje utworów mistrza. Dlaczego jest to tak szczególna pozycja?
   Jennifer Warnes przez wiele lat była bliską przyjaciółką i współpracowniczką Leonarda Cohena. Towarzyszyła mu na europejskich trasach koncertowych w 1972 i 1979 roku, brała też udział w nagraniach siedmiu z jego płyt, stąd też chyba jak nikt inny rozumiała specyficzny klimat jego twórczości.
Jest Amerykanką. Urodziła się w Seattle, wychowała w Kalifornii. Śpiewała od najmłodszych lat. Zaczynała od muzyki folk, później występowała w scenicznej wersji rockopery „Hair”, nagrywała też z Joe Cockerem i Royem Orbisonem. Jest laureatką nagród Grammy i dwóch Oscarów (za piosenkę „The Time of My Life” z filmu „Dirty Dancing” oraz za utwór „Up Where We Belong” z filmu „An Officer and a Gentleman”).
   Album „Famous Blue Raincoat” jest szóstą, najwyżej ocenianą pozycją w jej dorobku. Powstał jako hołd dla Leonarda Cohena. Płytę wyprodukował basista Roscoe Beck. Było to jego debiut w tej roli. Okazał się ponadczasowy. Album do dziś jest ceniony przez audiofilów i uważa się go za jedno z najlepszych dokonań w historii inżynierii dźwięku.
Młody producent pozyskał do współpracy wielu znakomitych artystów. Album otwiera kompozycja „First We Take Manhattan”. Był to wówczas nowy, nieznany utwór Kanadyjczyka. Autor zamieścił go na swojej płycie „I’m Your Man”, dopiero rok później. To ciekawa kompozycja. Słychać w niej niezapomniane brzmienie gitary, na której grał Stevie Ray Vaughan.
   W zasadzie Jennifer Warnes swą płytą utorowała Leonardowi Cohenowi powrót na scenę po kilku latach nieobecności. Nadała jego kompozycjom nieco ostrzejsze, bardziej współczesne brzmienie. Ujawniła spore możliwości wokalne oraz interpretacyjny geniusz. Niezbyt często zdarza się, by utworom tak popularnego artysty nadać inny, czasem bardzo osobisty rys. Próba okazała się udana, choć w mej ocenie nie we wszystkich przypadkach.
   Wypada wyróżnić niemal kultowy „Famous Blue Raincoat”. Ta ballada to spore wyzwanie, artystce jednak udało się zachować klimat oryginału i jednocześnie subtelnie podkreślić (kapitalne skrzypce) jego specyficzny nastrój.
Na płycie znalazła się również rozbudowana wersja utworu „Joan Of Arc”, zaśpiewana przez Warnes w duecie z samym autorem. Warto też wsłuchać się w jej własną kompozycję „Song of Bernadette”, która powstała przy współpracy z Cohenem. Godny uwagi jest utwór „Came So Far For Beauty”, kończący album, z nastrojowym fortepianem i akordeonem.
   Płyta jako całość, po blisko trzydziestu latach, nadal wypada interesująco. W 2007 roku ukazała się jej nowa, poprawiona brzmieniowo wersja. Znalazły się tam cztery dodatkowe utwory, m.in. koncertowe wykonanie „Joan Of Arc”. Niestety, dziś obie wersje są trudne do zdobycia. Mimo to warto spróbować, bowiem szczęśliwcom z pewnością dostarczą sporo satysfakcji.
   Po latach głos Jennifer Warnes nadal czaruje. Dobrze, że dzięki niej muzyka na Clinton Street dalej gra na okrągło. I zniszczony niebieski prochowiec nadal przyciąga gości z wielu stron. Może ktoś zanuci „Hallelujah”. I przyjdzie czas na Manhattan, choć strach spojrzeć w przyszłość i myśleć co niesie demokracja...
Krzysztof Wieczorek


  Komentarze 2
  Dodaj swój komentarz
~
Copyright "Wolna Droga"
[X]
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.