"SEMAFOR": podjęliśmy próbę przekazywania na łamach "Semafora" informacji i wiadomości, które mamy nadzieję zainteresują naszych czytelników; informacji których nie znajdziecie na łamach oficjalnych dzienników....

WOLNA DROGA: Choć poszukiwanie prostych rozwiązań jest osadzone głęboko w podświadomości, a nieskomplikowany obraz rzeczywistości jest wygodny, nie zmusza do choćby chwilowej zadumy, do uświadomienia prawdy o traconym wpływie na własne losy, na otaczający świat - od poszukiwania prawdy nikt nas nie zwolni.

 
Środa, 23 wrzesienia 2020 r.
Imieniny obchodzą: Tekla, Bogusław
 
Skandal!



Wieczorem, 8 grudnia ubr. TVN nadał program cykliczny "Pod napięciem" Marcina Wrony. Przyznam, że tego właśnie programu redagowanego w stylu "talk-show" specjalnie nie lubię, ponieważ prowadzący go bardzo często przekracza granicę rzetelności dziennikarskiej. Nie przeczę, lubię agresywne dziennikarstwo, które prowadzi do wyjaśnienia wszystkich zagadnień związanych z założonym przez dziennikarza tematem. Jednak agresja M. Wrony do tego nie zmierza. On bowiem hołduje zasadzie, że ma ona jedynie uzasadnić jego własną, wcześniej założoną tezę, jego własną opinię o sprawie.


Często uczestniczę w konferencjach prasowych, stąd mam możliwości obserwacji przedstawicieli niektórych mediów. Wynika z niej, że zasada hołubiona przez prowadzącego program "Pod napięciem" jest dla wielu z nich codziennością.


Przychodzą niektórzy z nich na konferencję z gotową opinią o sprawie, która jest przedmiotem konferencji i kiedy ta ich ocena mija się z rzeczywistością, zwijają swoje zabawki i się wynoszą. Czasem otwarcie demonstrują swoje niezadowolenie z powodu rozbieżnych swoich opinii z tym, co słyszą od prowadzącego konferencję. Często wynika to również z dyletanctwa w różnych sprawach, na których nie znają się.


W niedzielny wieczór M. Wrona zaprezentował się właśnie jako kompletny dyletant w sprawach bezpieczeństwa ruchu na przejazdach kolejowych. Chciał bowiem udowodnić telewidzom TVN-u, że oto bandycka kolej likwidując urządzenia na przejazdach jest sprawcą ludzkich nieszczęść i tragedii. I trzeba przyznać, że epatując śmiercią i ludzkim nieszczęściem udało mu się to zrobić, choć manipulował w najgorszym stylu.


Udało mu się też i dlatego, że niektórzy kolejarze pomogli mu w tym bardzo. Jedynie dyrektor Zakładu Linii Kolejowych z Siedlec i rzecznik prasowy PLK SA Łańcucki byli do programu przygotowani i potrafili udowadniać rację kolei, ale to oczywiście było nie na rękę prowadzącemu i dlatego co chwila próbował ich wypowiedzi przerywać, bo one burzą jego własną opinię o tragediach na przejazdach kolejowych. Natomiast o przedstawicielu kolei z Białegostoku nie można powiedzieć niczego dobrego, nie mówiąc o burmistrzu i policji.


Każdy zorientowany dobrze wie, że zlikwidować urządzenia na przejeździe nie jest tak łatwo, i sama kolej tego zrobić nie może. W takich przypadkach obowiązują odpowiednie procedury. Jeżeli bowiem z różnych względów kolej postanawia coś zlikwidować, czy zmienić kategorię przejazdu, zwoływana jest komisja składająca się z przedstawicieli kolei, miejscowych władz, właściwych wydziałów komunikacji oraz policji. Po zapoznaniu się ze stosowną dokumentacją i warunkami lokalnymi, taka komisja orzeka, czy popiera propozycję kolei lub nie. Jeśli nie niczego na przejeździe kolej nie jest władna zrobić, ponieważ obowiązuje ją decyzja komisji. Nie może samowolnie likwidować urządzeń lub przekwalifikować przejazdu kolejowego znajdującego się w poziomie szyn. Szkoda, że nikt z kolejarzy nie potrafił tej oczywistej prawdy uświadomić prowadzącemu program telewizyjny.


Kolej pewnie ma powody, żeby niektóre przejazdy likwidować na przejazdach, bo nikt w rządzie, a tym bardziej w Sejmie, nie potrafi się upomnieć o należne jej ustawowe pieniądze.


Minister infrastruktury peroruje na okrągło o transporcie drogowym, mając tym samym za nic interes kolei. Jednak mimo obiektywnych trudności kolej winna z dużą dozą ostrożności typować przejazdy do likwidacji, bo przykład niedzielnej audycji świadczy o tym, że w przypadku nieszczęścia wszystkie media główną winą zrzucają na kolej. I wówczas wszyscy ją dołują bez umiaru.


Na pewno kolejarze zwrócili na to uwagę, że nikt, łącznie z policją, nawet nie zająknął się o tym, że najwięcej wypadków na przejazdach zdarza się z winy kierowców pojazdów drogowych. Wspomniano, jakby mimochodem, że "maluch", który uległ wypadkowi uderzył w tył pociągu. Nikt tego tematu nie pociągnął dalej, a już najmniej zależało na tym prowadzącemu program. Unikali tego tematu, bo musieliby powiedzieć o bardzo niskiej kulturze jazdy naszych kierowców. Uciekali, bo musieliby powiedzieć, że prawo o ruchu drogowym bardzo ściśle precyzuje, w jaki sposób należy dojeżdżać do przejazdu i przekraczać go.


Z własnej praktyki wiem, że kiedy trzeba było przeprowadzić remont lub konserwację urządzeń na przejeździe włączało się światła migowe na sygnalizatorach. I kiedy do przejazdu zbliżał się kierowca z zagranicy, stawał i czekał na wyraźny sygnał, że może przejechać przejazd, natomiast nasi, kiedy zobaczyli światła naciskali pedał gazu, aby "przeskoczyć" przejazd przed pociągiem. To właśnie świadczyło o ogromnej różnicy w kulturze jazdy, która dalej jest u naszych kierowców żenująco niska, ale o tym w programie "cicho sza". Chodziło przecież o "dołożenie" wrednej kolei i to się M. Wronie udało.


Po tym manipulowanym programie jeszcze jedno mnie dziwi. Dlaczego rzecznik prasowy PKP następnego dnia nie zwołał konferencji prasowej, aby powiedzieć, że program "Pod napięciem" jest nieprawdziwy, manipulowany, nierzetelny i wysoce tendencyjny, że program nie ma nic wspólnego z rzetelnością dziennikarską. Takiej konferencji nie było. Milczenie jest przyznaniem się do winy. Tymczasem tu winy kolei nie było, a jeżeli już, to była tu wspólna wina władz lokalnych, policji i wydziałów komunikacji.


Bardzo istotną część winy ponoszą sami kierowcy, którzy lekceważą postanowienia prawa o ruchu drogowym.


A w ogóle nawet największe oszczędności poczynione z tytułu zmiany kategorii przejazdu nie są warte ludzkich tragedii, ludzkich nieszczęść. Życie ludzie nie ma ceny i jeżeli można nawet zrozumieć finansowe kłopoty kolei, to szukanie oszczędności przez narażanie życia ludzkiego nie popłaca. Niezależnie zaś od wszystkiego, kolejarze sami powinni zadbać o swój interes i bronić się przed pomówieniami wydumanymi przez dziennikarskie hieny, do których M. Wrona sam się wpisał niedzielnym programem "Pod napięciem".


Zygmunt Sobolewski





  Komentarze 2
  Dodaj swój komentarz
~
Copyright "Wolna Droga"
[X]
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.