"SEMAFOR": podjęliśmy próbę przekazywania na łamach "Semafora" informacji i wiadomości, które mamy nadzieję zainteresują naszych czytelników; informacji których nie znajdziecie na łamach oficjalnych dzienników....

WOLNA DROGA: Choć poszukiwanie prostych rozwiązań jest osadzone głęboko w podświadomości, a nieskomplikowany obraz rzeczywistości jest wygodny, nie zmusza do choćby chwilowej zadumy, do uświadomienia prawdy o traconym wpływie na własne losy, na otaczający świat - od poszukiwania prawdy nikt nas nie zwolni.

 
Niedziela, 20 wrzesienia 2020 r.
Imieniny obchodzą: Renata, Filipina, Eustachy
 
"Większość pracowników odchodzi na własną prośbę"


Z Markiem Jarmuszkiewiczem, przewodniczącym Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność"
przy Zakładzie Infrastruktury Kolejowej
w Szczecinie, rozmawia Jacek Maciejewski


1 stycznia 2001 r. to dla polskich kolei data z pewnością przełomowa, gdyż tak na dobrą sprawę dopiero od tego momentu zaczęła w sposób widoczny działać ustawa o komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji PKP. Czy zgadza się pan z takim odczuciem?


Oczywiście, do tej pory działanie ustawy odczuwało się przede wszystkim poprzez zmniejszającą się liczbę zatrudnionych na kolei. A od stycznia ? obok zmiany nazwy przedsiębiorstwa na PKP S.A. ? mamy już do czynienia z pierwszymi konkretnymi posunięciami, rzec by można natury strategicznej. Jesteśmy właśnie w trakcie likwidacji sekcji związanych z utrzymaniem torów, budynków kolejowych itd., oraz wydzielania ich z dotychczasowych zakładów infrastruktury do IN-ów, czyli zakładów napraw infrastruktury. W rezultacie te ostatnie będą działać jako samodzielne spółki. Zgodnie z zapisami ustawy w zakładach infrastruktury pozostaną sekcje eksploatacji, które będą tam funkcjonowały również po utworzeniu Polskich Linii Kolejowych. Zakłady infrastruktury będą zlecały zakładom napraw różnorodne prace po przeprowadzeniu uprzednich przetargów, w których rzecz jasna będą mogły brać udział firmy dotąd w żaden sposób nie związane z dawnymi PKP ani obecnymi PKP S.A.


Reforma kolei, jak zresztą każda reforma, niesie ze sobą nie tylko same przyjemności. W jej wyniku wiele osób straciło bądź też straci w najbliższym czasie pracę. Jak to wygląda w szczecińskiej infrastrukturze? Czy dużo osób zostało zwolnionych?


Zwolnionych zostało ? w klasycznym tego słowa znaczeniu ? około 10 osób. Reszta, w sumie kilkuset pracowników, odeszło na własną prośbę. Dość powiedzieć, że ubiegły rok zaczynaliśmy w naszym zakładzie z grupą 2130 osób. Natomiast w końcu grudnia było 1667. Liczba ta zawiera także 140 ludzi, którzy przeszli do nowo tworzonej spółki na bazie IN-u.


Jeśli chodzi o tych, którzy odeszli na własne życzenie to w większości przypadków prawda jest taka, że ludzie ci mieli dość pracy, że tak powiem "podszytej strachem". Ci, którzy pracowali w utrzymaniu bali się, że po przejściu do spółki, prędzej czy później zostaliby zwolnieni, bo przecież nikt nie jest w stanie zagwarantować, że za rok czy dwa dla wszystkich starczyłoby tam pracy. Tym bardziej, że jak już powiedziałem, do głosu dojdzie konkurencja. Poza tym spółka będzie działać w oparciu o środki finansowe, które otrzymywać będzie z infrastruktury za wykonanie zleconych robót. Pod warunkiem, że wygra przetarg oraz wówczas, gdy infrastruktura będzie w stanie za wszystko płacić. Jeśli nie będzie w stanie, to nie będzie również zamówień. No i kółko się zamyka. Poza tym, być zwolnionym w spółce, w której już niedługo będą obowiązywać twarde, rynkowe reguły gry, to nie to samo co zwolnienie czy też dobrowolne odejście z firmy takiej jak nasza. W PKP S.A., zgodnie z ustawowym zapisem, do 2002 roku wszystkim, którzy przepracowali minimum 10 lat i zdecydują się odejść na własne życzenie gwarantuje się 20 lub 30-tysięczne odprawy. Dodatkowo osobom, które przepracowały 30 lat ? w przypadku mężczyzn ? i 25 jeśli chodzi o kobiety gwarantuje się, że będą otrzymywać miesięcznie 670 złotych zasiłku do czasu osiągnięcia wieku emerytalnego.


Możliwość wcześniejszego odejścia z naszego zakładu wybrało też sporo osób spoza sekcji utrzymania, czyli takich, którzy pozostaliby w infrastrukturze. Oni też się bali. Wie pan, według mnie ludzie dziś nikomu już nie wierzą. Chociaż jak już wspomniałem, ustawa daje dwuletnie gwarancje. Wiele osób woli jednak "dmuchać na zimne". Postępują wedle zasady: jak dają to trzeba brać i w nogi, bo a nuż za rok przestaną dawać i zostaniemy na lodzie. W sumie jest to bardzo smutne. Ludzie zawiedli się na kolejnych rządach. Szerzy się prywata i korupcja, o jakiej dotąd nikomu się nie śniło. Proszę pana, odbiegając na chwilę od tematu naszej rozmowy, moja własna córka jest bardzo rozczarowana tym co widzi wokół. Mówi do mnie: tato, poświęciłeś dla sprawy ponad 20 lat życia i co z tego masz? Czy ktoś to docenił? A jak żyją zwykli ludzie? Naokoło bieda, bezrobocie. Ja też nie mam pracy, mimo że skończyłam studia. Nawet "kuroniówka" mi nie przysługuje. Sam się często nad tym zastanawiam, czy takie były nasze postulaty sprzed lat? Wybaczy pan za tę małą dygresję, ale nie mogłem się powstrzymać.


Oferty finansowe, które na odchodnym otrzymują wszyscy ci, którzy zdecydowali się na wcześniejsze odejście, można oceniać w dwojaki sposób. Podobnie też można podchodzić do decyzji pracowników, często podejmowanych według mnie zbyt pochopnie.


Co należy przez to rozumieć? Przecież sam pan sugeruje, że ludzie nie mają w tej chwili racjonalnych przesłanek, na których mogliby się oprzeć. Przepisy prawne w naszym kraju są często niestabilne, a obietnice i gwarancje bez pokrycia. I niekoniecznie musi to wynikać z czyjejś złej woli. Częściej mamy tu do czynienia z brakiem kompetencji rozmaitych urzędników, a najczęściej z brakiem pieniędzy. W tej sytuacji rzeczywiście trudno się ludziom dziwić.


Ma pan całkowitą rację. Ludzie są rzec by można "między młotem a kowadłem". No bo z jednej strony szkoda przecież rezygnować z roboty, jeśli do emerytury pozostało 10 lat albo i więcej. Przecież emerytura liczona będzie od ilości wypracowanych lat lub od ilości pieniędzy, które sobie pracownik uzbiera zgodnie z obowiązującymi od dwóch lat przepisami. Dlatego też odchodząc teraz na emeryturę w wieku 48 czy 50 lat ? a dużo jest takich osób ? trzeba według mnie głęboko przemyśleć taką decyzję. Przecież jeżeli takie osoby przez kolejne kilkanaście lat będą pobierały wspomniane głodowe zasiłki, to z czego one będą żyć po przejściu na emeryturę? Dla wielu z nich przyszłość może się okazać tragiczna, gdy na przykład okaże się, że nie ma z czego opłacić czynszu za mieszkanie, nie mówiąc już o innych wydatkach, które bez wątpienia wzrosną. Mam tu na myśli chociażby koszty, które będziemy musieli ponosić w konsekwencji prywatyzacji służby zdrowia. A ta, jak wszystko na to wskazuje, jest nieunikniona.


A te 30 tysięcy odprawy najprawdopodobniej zostanie "przejedzone"?


Te 30 tysięcy minus podatek to w sumie starczy na rok, dwa ? dla bardzo oszczędnych! Jednak większość zrobi z nich natychmiastowy użytek. Jedni kupią nieosiągalny do tej pory samochód, inni wyjadą na pierwsze w życiu wakacje z prawdziwego zdarzenia ? w końcu cały świat stoi dziś otworem, a żyje się tylko raz. Jeszcze inni dadzą te pieniądze swym dorosłym dzieciom, aby te mogły na przykład szybciej kupić mieszkanie.


Mówi się, że najlepiej te pieniądze byłoby zainwestować w siebie, w celu zmiany kwalifikacji zawodowych albo rozpoczęcia prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Jednak zawsze jest to związane z większym lub mniejszym ryzykiem. A ludzie u nas boją się ryzykować. I poniekąd trudno im się dziwić, zważywszy, że przez całe swoje dotychczasowe życie ? a tak jest w przypadku większości kolejarzy ? nie musieli tego robić. Dodatkowo, podjęcie jakiejkolwiek działalności zarobkowej wiąże się z utratą prawa do otrzymywania zasiłku. Nie ma się co okłamywać, 50-latek "rewolucji" w swoim życiu już nie zrobi.


Jednak jak już powiedzieliśmy odprawy otrzymują również ci pracownicy, którzy nie przepracowali 30 lat. Z tym, że nie przysługuje im zasiłek. I proszę sobie wyobrazić, że z tej grupy bardzo wielu pracowników zdecydowało się odejść. Dodajmy, że chodzi tu o osoby w średnim wieku, czyli stosunkowo młode. Jeśli któryś z nich miał "nagraną" i lepiej płatną robotę, to jeszcze jestem w stanie takiego gościa zrozumieć. Ale niestety nie brakuje osób, którymi kieruje zwykła głupota. Ot, chociażby dzisiaj mieliśmy taki kuriozalny przypadek. Zgłosił się do nas człowiek, któremu do emerytury zostało prawie 30 lat i pyta czy otrzyma odprawę, jeśli się zwolni na własną prośbę. Z kolei my zapytaliśmy, dlaczego mu tak zależy na odejściu z pracy, czy obawia się o swoją przyszłość? A on na to, że potrzebuje pieniędzy na ... spłatę długów. Czy on się zastanowił, z czego potem będzie żył? Wie pan, coraz częściej ludzka bezmyślność wprawia mnie w osłupienie.


W związku z tym wszystkim pracownikom staram się tłumaczyć, żeby nie rezygnowali z pracy tak szybko, żeby nie stwarzali sytuacji nieodwracalnych jeśli nie muszą tego robić. Ale z drugiej strony sam mam wątpliwości, czy aby nie przyczyniam się do kolejnego "wpuszczenia ludzi w maliny". Mam tu na myśli przede wszystkim tych, którym niewiele brakuje do emerytury. W razie czego jestem związkowcem i razem z innymi kolegami będę egzekwował od ustawodawcy wywiązywanie się ze swych zapisów i obietnic.


To oczywiste, w końcu rola działacza związkowego polega przede wszystkim na obronie pracowników i jego praw. Między innymi na obronie jego prawa do pracy. Ale w waszym przypadku mamy do czynienia z czymś wręcz odwrotnym.


Tak! Wyjął mi pan to z ust. Doszło wręcz do tego, że nie miałem kłopotu w związku z tym, że kogoś zwalniają, lecz właśnie z sytuacją odwrotną. Ludzie do mnie przychodzili z prośbą, abym im pomógł jak najszybciej się zwolnić! Więc chodziłem z nimi od drzwi do drzwi, żeby załatwić, aby ich natychmiast zwolniono.


Takie masowe zwalnianie się pracowników ma też inną, zdecydowanie negatywną stronę. Mianowicie na wielu stanowiskach powoli zaczyna brakować rąk do pracy! W rezultacie tylko w ubiegłym roku w naszym zakładzie musieliśmy wypracować prawie 46 tysięcy nadgodzin.


Pozwoli pan jednak, że wrócę do wcześniejszego wątku dotyczącego dylematu: ufać władzy czy nie. Otóż Sejm, jak wiadomo walczy z bezrobociem. Tyle, że ostatnio robi to między innymi kosztem kolejarzy. Otóż ustawa przewidywała że osoba, która się zdecyduje odejść w zamian za odprawę i zasiłek przedemerytalny, będzie mogła dodatkowo jeszcze sobie dorobić 350 złotych miesięcznie. Jednakże ostatnio nasi parlamentarzyści uchwalili poprawkę diametralnie zmieniającą ten zapis. W rezultacie możliwość dorobienia sobie nawet tak skromnej kwoty stała się niemożliwa. Czyli mówiąc wprost, zmieniono reguły gry w trakcie jej trwania. Do końca ubiegłego roku obowiązywały też inne zasady co do terminu otrzymania pierwszego zasiłku. Osoba, która się zwolniła i zarejestrowała w urzędzie pracy już po miesiącu dostawała zasiłek. I znów, przepisy znienacka zmieniono i w tej chwili zasiłek można otrzymać dopiero pół roku po odejściu z firmy. Czyli co pozostaje takim osobom? Albo żyć z odprawy albo głodować. A przecież odprawa w pierwotnym zamyśle ustawodawcy miała być rodzajem finansowego zabezpieczenia, a nie środkiem na przeżycie. Najgorzej wyszli na tym ci pracownicy, którzy w ubiegłym roku podjęli decyzję o tym, że odejdą z pracy np. w styczniu roku bieżącego. W naszym zakładzie w takiej sytuacji znalazło się 12 osób. Kolejna grupa odejdzie w marcu. Oni również decydowali się w zeszłym roku. Moim zdaniem tych ludzi po prostu oszukano.


Czyli potwierdza się to o czym już mówiliśmy. Lepiej żeby zaufanie do ustawodawcy było ograniczone.


Na to wygląda.


Dziękuję za rozmowę.˙





  Komentarze 2
  Dodaj swój komentarz
~
Copyright "Wolna Droga"
[X]
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.